O autorze
Adam Chrząstowski specjalizuje się w zapomnianych smakach polskiej kuchni mieszczańsko-szlacheckiej. Pracował u boku mistrzów w topowych stołecznych lokalach gastronomicznych, z hotelami Rialto i Bristol na czele. Prowadził dwie restauracje w Szanghaju oraz przez 7 lat restaurację Ancora. Obecnie jest szefem kuchni restauracji Ed Red w Krakowie. Znany widzom Kuchni+ z programów: „Adam po pracy” oraz „Adam w sieci: patenty i triki”. W 2011 roku został wybrany przez MSZ „patronem merytorycznym działań kulinarnych podczas polskiej prezydencji w Unii Europejskiej". Wyróżnienie to umacnia jego pozycję jako jednego z najlepszych Szefów Kuchni w Polsce.

Kwestia zafoliowanego prosiaczka

fot. Fundacja Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt Viva!
Dzisiaj chciałem trochę „na gorąco” skomentować kwestię biednego zafoliowanego prosięcia z Makro, którego zdjęcie krąży w Internecie. Widziałem te prosiaki w Makro już jakiś czas temu. I nawet pomyślałem sobie wtedy: produkt zupełnie na miejscu w takim sklepie. Zwłaszcza, że na weselach i bankietach w staropolskim stylu, Polacy kochają mieć nafaszerowanego i upieczonego w całości prosiaka.

Może dlatego nie przeraża mnie cała ta sytuacja, że jako szef kuchni widziałem już całe setki zwierząt upieczonych w całości. Trochę pewnie jestem znieczulony i dlatego po cichu podśmiechuję się z osób, które przychodzą do restauracji i odmawiają zjedzenia sarny, bo ma takie ładne oczka, albo królika, bo to taka futrzana przytulanka. A przecież jesteśmy drapieżnymi ssakami i zabijamy, żeby jeść. Oczywiście niektórzy z powodów etycznych mogą się z tym nie zgadzać. Wegetarianie nie jedzą mięsa, bo nie chcą przykładać ręki do zabijania istot żywych. Taka postawa jest dla mnie zrozumiała – każdy przyjmuje odpowiednią dla siebie dietę, ideologię czy filozofię żywieniową. Ale dziwi mnie sytuacja, że mięsożerca, który na co dzień je kotlety schabowe, nie tknie się prosiaczka z główką. Wygląda to trochę niekonsekwentne. To chyba kwestia pewnego rodzaju wrażliwości, bo w Internecie widziałem komentarze, że zdjęcie prosiaka wywołuje skojarzenie z embrionem. Rozumiem tę wrażliwość, ale jajko to także embrion.



Myślę, że jednak zbyt daleko poszły komentarze, w których pisano, że oburzanie się zdjęciem prosiaczka, to hipokryzja. Myślę że hejterzy prosiaczka po prostu odebrali go jako produkt nieapetyczny, którego widok nie składnia do zakupu. Z hipokryzją mamy do czynienia wtedy, kiedy słowa oburzenia padają z ust ludzi, którzy na weselu opędzlowali już niejednego prosiaka z chrupką skórką i zagryźli kaszanką.

Mnie osobiście bardziej zadziwił film reklamowy, który widziałem w Hiszpanii na stoisku z wędlinami, pokazujący szczęśliwe, rozbrykane czarne świnie, z których się robi się szynkę pata negra. I to był większy szok, że pokazują żywą świnkę wykopującą żołędzie w sadach dębowych, a tuż obok wyeksponowany kawał dojrzałej i przepysznej szynki. Wiadomo, że takie rzeczy ocierają się o kwestie etyczne, ale jednak apeluję do ludzi wzruszonych prosiaczkiem z Makro o jedno: bądźcie konsekwentni. Jeśli was to wzrusza, odstawcie wszystkie zabijane zwierzęta. Sam co prawda za bardzo lubię białko zwierzęce i godzę się, że to czyni ze mnie drapieżnika. Ale rozumiem ludzi, którzy mają inne zdanie i mięsa nie jedzą. Nie uważam jednak, żeby był to powód wywierania na siebie nawzajem presji. A tymczasem nagle robi się ogromna burza medialna i Makro wydaje jakieś oświadczenie, w którym tłumaczy się ze sprzedaży produktu w takiej formie. Nie rozumiem dlaczego.

Pieczony prosiak podawany jest w całości od lat na imprezach i funkcjonuje w kulturze kulinarnej. W Indonezji nabija się na pale i piecze całe świnie. Widziałem całego pieczonego prosiaka lub barana z głową w różnych miejscach w Grecji, Hiszpanii, we Włoszech. Niektóre techniki kulinarne zakładają, że w zwierzęciu pieczonym w całości soki krążą w równomierny sposób, co sprawia że mięso jest lepsze. Coś w tym jest. W wielu kulinarnie rozwiniętych krajach (np. we Francji) sprzedaje się nieoskubany drób i króliki z głowami, żeby pokazać co to za zwierzę. Mój znajomy pracujący w Arabii Saudyjskiej opowiadał, że kupuje tusze królicze, tylko z nieoskórowanymi głowami bo inaczej wcisnęli by mu kota. Kolejny przykład to Chińczycy, którzy mają fioła na punkcie świeżości szczególnie drobiu, ryb i owoców morza. Knajpy rybne mają na ścianach akwaria, z których na oczach gościa wyciąga się rybę, homara czy kraba, a następnie oprawia i przygotowuje. Oczywiście prowadzi to również do sytuacji, którą widziałem kiedyś na filmiku z konkursu kulinarnego w Chinach, że rybę podgotowywano i jeszcze żywą podawano na talerz. To oczywista męczarnia dla zwierzęcia. Oprawianie zwierząt często urąga zasadom humanitarnego uboju.

Alex Atala, z restauracji D.O.M w Brazylii, obecnie jeden z najbardziej znanych szefów kuchni, występuje na swoich pokazach w koszulce z napisem „death happens” i zabija kurczaka. Robi to, aby pokazać, że można wykorzystać wszystkie elementy zwierzęcia: krew, skórę, grzebień, język, itd. Takie historie udowadniają, że zafoliowany prosiak to normalny element naszego życia. I nie odcinajmy się od tego, nie udawajmy że jest inaczej.

Zostałem kiedyś zaproszony do bardzo dużych zakładów mięsnych jako konsultant. Pokazano mi wtedy cały proces produkcji od momentu przyjazdu krów do zakładu, gdzie były gazowane. Widziałem cały rozbiór od etapu początkowego, który jest ohydny. Przy patroszeniu krów miałem wrażenie, że przez najbliższe miesiące nie dotknę mięsa. Śmierdziało, krew sikała i nie było to apetyczne. Ale potem uświadomiłem sobie, że to normalne, że bez tego nie da się zjeść steka czy nawet hamburgera w McDonald’s.

W całej tej historii zastanawia mnie jeszcze jedno. Żyjemy w dobie mass mediów i Internetu, w których mam wrażenie że panuje ciągle sezon ogórkowy. Można zaobserwować taką pogoń za tematem, jakby sezon ogórkowy trwał bez przerwy. Bo okazuje się, że wąska grupa osób, mniejszość która głośno krzyczy w mediach, może zawojować więcej niż sam temat jest wart. To jest skrajność, której nie lubię w żadnej sferze życia, bo pachnie mi ona efekciarstwem. Bo raptem ta marginalna grupa wojujących wegan wymusza zmiany na ogromnym koncernie. W imię czego? Bo Makro w cywilizowany sposób handluje zafoliowanym prosiakiem? Dlaczego nie oprotestują sklepów, w których mięso wisi na hakach otoczone chmarą much?

Można by się tu doszukiwać teorii spiskowej. W końcu na rynku trwa konkurencja i wojna marketingowa. Nikt nie oprotestuje głowizny wieprzowej w małej rzeźni Kowalskiego, bo tylko o proteście wymierzonym w sieciówki napiszą media. Ale sądzę raczej, że dziennikarz lub bloger z braku tematu szukał sensacji i trafił na prosiaczka, a potem już Facebook zrobił swoje.
Trwa ładowanie komentarzy...