W praktyce działa to tak, że lokale działające w sezonie lub powiększające się o letni ogródek wyciągają ludzi ze stałych miejsc pracy kusząc im wyższymi, ale również sezonowymi zarobkami.Nazywam to wyciąganiem ludzi z gawr, bo część z tych pracowników zupełnie świadomie, a część z czystej głupoty, decyduje się przezimować w lokalu funkcjonującym zimą, aby następnie w lecie zatrudnić się w sezonowym lokalu za dwieście złotych więcej miesięcznie. Jesienią natomiast następuje tłumaczenie, że sezon się skończył, nie mamy gości i już Cię nie potrzebujemy. Wtedy pracownicy gorączkowo poszukują gawry i psioczą na restauratora, który obiecywał umowę, ZUS i stabilność. Dziwi mnie to zjawisko, bo świadczy o naiwności i głupocie. Głupocie, bo cykl co roku się powtarza – jesienią psioczenie, a wiosną płynna migracja do letnich lokali. Nabrałem na szczęście rozumu, bo teraz podczas rekrutacji kluczowym czynnikiem jest dla mnie lojalność pracownika. Kwestie merytoryczne i umiejętności schodzą na dalszy plan, bo wolę inwestować wiedzę i zaangażowanie w kogoś słabszego, kto jednak zostanie ze mną na dłużej. Jeśli widzę w CV 10 miejsc pracy w przeciągu 2 lat, to zachęcam do dalszego skakania, ale nie po moich kwiatkach.
Pewnie jestem niepostępowy, bo myślę o pracy w restauracji w perspektywach etatu na czas nieokreślony i biznesu na lata. A obserwując rzeczywistość widzę, że wszyscy pracują „na projektach”, a nie na etatach, oraz że pop-up’y cieszą się coraz większą popularnością. Może to jest właśnie dostosowanie się do warunków na rynku?
